Screen z Children of the Whales z Netflixa

[RECENZJA] Anime "Children of the Whales" - Netflix Originals


Wprowadzenie

Po oceanie piasku dryfuje Błotny Wieloryb. To olbrzymi statek, który jest domem małej społeczności. W większości składa się ona z ludzi Naznaczonych, którzy mają moc telekinetyczną i długość życia nie przekraczającą 30 lat. Nie wiadomo dlaczego zamieszkali na statku, ani jak wyglądało życie ich przodków zanim się na nim znaleźli. Prawdę o historii Błotnego Wieloryba zna tylko garstka starszych, którzy nie mają supermocy, ale za to dożywają sędziwego wieku. Spokojny żywot zostaje przerwany, gdy na statek trafia dziewczyna z zewnątrz, a przeszłość mieszkańców zaczyna wychodzić na światło dzienne.

Informacje ogólne

Tytuł oryginalny “Children of the Whales” brzmi: クジラの子らは砂上に歌う (Kujira no kora ha sajou ni utau) - co przetłumaczyłabym jako “Dzieci wieloryba śpiewające na piasku”. Pewnie dlatego, że nazwa jest długa, angielską wersję skrócili do “Dzieci wielorybów”.

Sezon 1 ma 12 odcinków w standardowej długości około 24 minut.

Seria na podstawie mangi autorstwa Umeda Abi, która wychodzi w Japonii od 2013 roku i do tej pory doczekała się 11 tomików, nie jest zakończona.

Anime było najpierw emitowane w japońskiej telewizji w sezonie zimowym 2017, a na Netflixie pojawiło się w marcu 2018.

Główne postacie to:

Co mi się podobało?

Zaczęłam oglądać ten tytuł nie wiedząc wcześniej o nim za wiele. Nie widziałam trailera, przeleciałam wzrokiem po opisie, okładka mi się spodobała. Na początku sielankowo, myślę sobie: “ale słodka i urocza ta seria”. A później napaści z zewnątrz, krew i przemoc, zburzenie niewinności. To przejście między spokojem a nagłym chaosem bardzo mi się podobało, było nagłe i trochę mnie zaskoczyło. Jak w “Tokio Ghoul”, gdy randka z Rize skończyła się pobytem w szpitalu Kanekiego i dalszymi tragediami, tak tutaj spokojne życie z dnia na dzień zostaje wywrócone do góry nogami.

A skoro już nawiązuję do innych anime, dużo rzeczy tutaj przypominało mi o “Ataku tytanów”. Odcięta społeczność nie znająca swojej przeszłości - jest. Nagły atak ludzi z zewnątrz, o których istnieniu nie mieli pojęcia - jest. Supermoce - są. Budowanie napięcia przez powolne odkrywanie “kto, gdzie, kiedy i czemu?” - jest. “Children of the whales” daleko do epickości “Ataku tytanów”, ale mają podobny schemat i miło było szukać podobieństw między tymi seriami.

Kreska jest bardzo przyjemna dla oka, animacja i muzyka też. Nie jakaś głęboko zapadająca w pamięć, ale ładna.

Podobała mi się też postać Lykos, dziewczyny-żołnierza pozbawionej uczuć, której pojawienie się na Błotnym Wielorybie zapoczątkowało zmiany. Im dłużej przebywała na statku, tym więcej emocji była w stanie odczuwać i tym bardziej przywiązywała się do uroczo ciapowatego Chakuro.

Co było według mnie słabe?

Główny bohater, który jest równocześnie narratorem opowieści - 14-letni Chakuro. Niby jest w środku wydarzeń, a odnosi się wrażenie, że jego wpływ na sytuację jest znikomy, bardziej rzeczy się dzieją obok niż on podejmuje decyzje.

Postać Lykos z odcinka na odcinek też traci czas antenowy. Wątek jej pochodzenia i to jak na Błotnym Wielorybie zaczyna się zmieniać jest zepchnięte na dalszy plan.

Zakończenie też nie było zadowalające. Ja rozumiem, że to seria, która nie jest zakończona, ale cały ten pierwszy sezon był jak wstęp do dalszych wydarzeń.

Moja ocena: 6/10.

Seria jest niezła. Raczej na raz do obejrzenia. Świat zbudowany całkiem ciekawie, ale postacie takie sobie.